Dzisiaj, jak co roku, wraca pamięć o dwóch wieżach i o tysiącach ludzi, którzy tamtego ranka weszli do pracy, a już nigdy nie wrócili do domu.
Patrzę na tę datę i myślę o czymś, co dotyczy nie tylko tamtego dnia.
Człowiek od zawsze chce sięgać jak najwyżej.
Budujemy coraz wyższe wieżowce, coraz szybsze samoloty, coraz bardziej skomplikowane systemy. Lubimy ostatnie piętra. Lubimy widok z góry. Lubimy poczucie, że technika pozwoliła nam dotknąć nieba.
Im wyżej, tym bardziej jesteśmy z siebie dumni.
A potem przychodzi chwila, w której wszystko się odwraca.
Pożar, katastrofa, nagłe zderzenie z rzeczywistością, której nie dało się zaprogramować ani przewidzieć do końca. I nagle to, co jeszcze przed chwilą było symbolem triumfu, staje się pułapką. To, co miało unosić nas ku niebu, zmusza do przejścia przez ogień.
Dosłownie i w przenośni.11 września pokazał w dramatyczny sposób, jak cienka jest granica między ludzką ambicją a ludzką kruchością. Między „możemy wszystko” a „jesteśmy bezbronni”.
Nie chodzi o to, żeby przestać budować wysoko.
Nie chodzi o to, żeby bać się techniki.
Chodzi raczej o to, by pamiętać, że im wyżej sięgamy, tym bardziej powinniśmy mieć świadomość, że spadek – jeśli nastąpi – będzie bardziej bolesny. Że technologia daje nam skrzydła, ale nie zdejmuje z nas odpowiedzialności i pokory.
Tamtego dnia wielu ludzi zginęło właśnie dlatego, że pracowali na najwyższych piętrach.
W miejscach, które jeszcze chwilę wcześniej wydawały się najbardziej prestiżowe.
Czasem niebo, do którego tak bardzo chcemy dotrzeć, okazuje się zbyt wysoko.
A droga powrotna prowadzi przez ogień.
<><><><><><><><><><><><><><><>
⚓ Moja blogowa flotylla:
✨ W Kręgu Mojego Sacrum – Chwile zatrzymania i rozmowy z Archaniołami. tutaj

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz